Termometr czy termostat?

Z Ewangelii wg św. Łukasza (19, 26 – 30)

Jezus powiedział do swoich uczniów:

„Przyszedłem rzucić ogień na ziemię i jakże bardzo pragnę, żeby on już zapłonął! Chrzest mam przyjąć i jakiej doznaję udręki, aż się to stanie.
Czy myślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój? Nie, powiadam wam, lecz rozłam. Odtąd bowiem pięcioro będzie rozdwojonych w jednym domu: troje stanie przeciw dwojgu, a dwoje przeciw trojgu; ojciec przeciw synowi, a syn przeciw ojcu; matka przeciw córce, a córka przeciw matce; teściowa przeciw synowej, a synowa przeciw teściowej”.

W pierwszym dniu nowego roku szkolnego i nowego roku formacyjnego dostajemy niezwykle dosadny i burzący nasz święty spokój fragment Ewangelii. Oto bowiem Jezus odsłania przed nami swoje serce i dzieli się z nami swoim pragnieniem, swoim marzeniem: chce rozpalić w naszym życiu ogień! Ogień życia Bożego! Ogień Bożego Ducha! Ogień życia Ewangelią!
Co to za ogień? Co to za płomień?
Płomień tego ognia jest światłem Prawdy dla błądzących. Życie z tym ogniem w sercu powoduje, że stajemy się tak wyraziści, że dla niektórych będzie to nie do przyjęcia. Wypala bowiem wszystko, co nie jest jeszcze doskonałą miłością. Koryguje błędne myślenie. Wyrywa ze świętego spokoju i zmusza do zmiany utartych schematów. To nie jest ten Jezus, jakiego obraz często nosimy w sercu, którym szafujemy w dyskusjach ze znajomymi. To nie jest słodki Jezus, który wszystkich przytuli i pogłaszcze i na nasze grzechy przymknie oko i nic nie będziemy musieli zmieniać w naszym życiu…

Można powiedzieć, że często chcielibyśmy, żeby Jezus był jak termometr. Żeby był bierny względem naszego życia. Żeby tylko pokazywał nam co się dzieje, ale niczego nie zmieniał; żeby był jak termometr za oknem czy na ścianie pokoju. Tylko opisuje klimat panujący wokół niego w jakiejś prostej skali, ale jest bierny. A my albo się do niego dostosujemy, albo nic sobie z jego wskazań nie zrobimy. Tak jak wtedy, gdy pomimo mrozu na dworze (o którym przypominała mama i termometr za oknem) chodziliśmy bez czapki. Moje zatoki do dzisiaj dają o sobie znać…

Dzisiejszy fragment Ewangelii pokazuje nam, że pragnieniem Jezusa nie jest być biernym termometrem. On chce być aktywnie wpływającym na nasze życie termostatem.

Termostat odczytuje temperaturę otoczenia i wchodzi z nią w swoisty dialog – gdy trzeba odkręca zawór podgrzewając temperaturę, kiedy zaś ta już się podniesie – przykręca zawór,
aby nie było za gorąco. Na swój sposób jest elementem aktywnym.

Odczytuję to dzisiejsze Słowo jako zaproszenie do tego, byśmy pozwolili Słowu Bożemu podgrzać temperaturę naszego serca. Byśmy pozwolili być termostatem dla naszego życia. Byśmy z jednej strony nie bali się, gdy to Słowo wywoła w nas wzburzenie albo nawet gniew. Jak często skrycie bądź otwarcie oburzamy się na nauczanie Kościoła w tej czy tamtej kwestii? Może właśnie przez to wzburzenie, Bóg chce uczynić nas otwartymi na to, co dla nas przygotował. Aby ciasto czy mięso było zjadliwe, trzeba je przecież najpierw podgrzać. Może to będzie impuls do osobistych poszukiwań prawdy, do odkrycia na nowo tego, do czego Bóg mnie zaprasza.

Ale może być i tak, że gdy będziemy przeżywali jakiś bardzo intensywny czas, który będzie burzył nam krew, będzie podgrzewał nasze nerwy, to właśnie w Słowie Bożym znajdziemy chwilę ochłody i wytchnienia, znajdziemy ukojenie dla naszego skołatanego i przegrzanego serca… Bóg potrafi swoim Słowem przykręcić zawór naszych emocji i obniżyć temperaturę wrzącego serca. 

Każdy sam wybiera każdego dnia czy traktuje Boga jak termometr za oknem, czy też pozwala Mu aktywnie włączyć się w swoje życie.

Niech w tym roku Bóg będzie dla mnie, dla Ciebie i dla naszej parafii termostatem, a nie termometrem.

Dobrego tygodnia!
ks. Marcin Cytrycki


Drukuj   E-mail